Etykiety

Relacje

Rumunia - 2007
Notatki z podróży
Rozdział 1 - Krok w przepaść
Gdy wymysliłem Rumunie, wszyscy zakrzyknęli - Co ty znowu wymysliles? A Aneta pełna obaw zapytała - Czy ty zawsze musisz wymyśleć coś, co jest niebezpieczne? Jak to niebezpieczne? Na szczęście znalazlem sojuszników w naszych znajomych K. i A.  K. ma korzenie rumuńskie - z łatwościa więc przekonał nas, że Rumunia to cywilizowany i bezpieczny kraj. Co więcej dał nam przed wyjazdem coś więcej - telefon do swojej rodziny, która w przypadku jakichs problemów mogłaby nam pomóc. Sojuszniczki znalazłem tez w naszych córkach - nie maja blokady dorosłych - Rumunia to dla nich kraj świetny do zobaczenia jak każdy inny. A może ciekawszy - bo nie słychać o zbyt wielu Polakach tam docierajacych. No może nad morze - ale my nad morze nie jechalismy. Postanowilismy ruszyć etapami, zeby nie wymęczyła nas podróż. Z Gdańska wiadomo mamy najdalej. Pierwszy nocleg na Slowacji - Liptovski Mikulasz. Zatrzęsienie Polaków i niezbyt chętni Słowacy przyjąć kogoś na 1 noc. W końcu udało sie - nocleg "podjechał" do nas na rowerze i zaproponował ubytowanie. Następnego dnia jemy śniadanie w pobliskim markecie. Pyszna kawa i swieże rogaliki napełniają nas siłami przed podróżą.
Drugi nocleg w Tokaju. Dojeżdżamy bardzo szybko autostrada przez Koszyce. Na Węgrzech czujemy się jak w domu. Dwa lata temu byliśmy tu pierwszy raz. Wtedy wydawało nam sie drogo. Teraz jest niesamowicie pusto i tanio (albo to Polska podrożała). Mam wrażenie, że Węgrzy zrobili sobie kuku ostatnimi rozruchami. Myślę, żę wielu turystów przez to po prostu nie przyjechało. Przechadzamy sie pustymi uliczkami Tokaju. Znajduję bez problemu nocleg dla naszej 4-ki. Właściwie pierwszy budynek, do którego wszedłem - cukraszda - ma pokoje do wynajecia. Pokoje to 2 pokoje z tv , łazienka i przyjemnym cieniem. Idziemy na obiad do naszej ulubionej knajpki nad Cisa. Aneta jak zwykle wynajduje coś przedziwnego - indyk z bananem w sosie malinowym z ziemniakami. Doskonały. Mają swietnego kucharza. Zawsze jakis przepis od nich przywozimy do Polski i stosujemy z powodzeniem. Snujemy sie po pustych , rozgrzanych uliczkach. Docieramy do piwnic-winiarnii z pysznym 5-ioputonowym tokajem. Jeszcze tylko lody i zalegamy w łóżkach.To był gorący dzień.
Następnego dnia rano jemy langosze , na które nasze córki czekały z niecierpliwością. Ruszamy do Rumunii. Do Satu Mare.
Rozdział II
W Satu Mare wjeżdżamy w inny swiat - wszystko wygląda inaczej - jakis taki haos w porównaniu z Polska , Słowacja czy Węgrami. W Satu Mare gubię sie po raz pierwszy - za cholerę nie moge wyjechać z miasta. W końcu ide do banku - ING Bank. Nikt nie mówi po angielskum, nie ma też bankomatu a my nie mamy RON-ów. W końcu wyjechałem. Jedziemy 10 km - po czym... kończy sie asfalt! Jestem załamany. Moje autko też - jeżeli tak ma wyglądać droga do Sapanty - wesołego cmentarza - to dzięki wielkie. Próbuje się dogadać z jakimiś Rumunami. Moje córki zaczynaja sie uczyć rumuńskiego z rozmówek. W końcu udaje mi sie zrozumieć , że po prostu źle pojehechałem. Za ok. 10 km dojeżdżam do asfaltu. Jedziemy rozgrzanym do czerwoności asfaltem przez góry. Na zewnątrz temperatura powyzej 40 stopni. Bez klimy nie mielibysmy szans. Nagle słysze krzyk moich babeczek. doslownie przy drodze w lesie stoi niedźwiedź - prawdziwy. Próbuję cofnąć ale od tyłu naperaja jacyś Hiszpanie. Niestety nie ma pobocza. Dojeżdżamy do Sapanty. Kolorowy , w niebieskościach cmentarz jest niesamowity. Przed bramą mnóstwo sprzedających gadżety dla turystów. Aneta kupuje jakies obrusy. Z niesmakiem patrzymy na mini - nagrobki - kopie nagrobków z Sapanty. Ruszamy dalej - do Borszy...
Rozdział III - Jestesmy w przepasci
Jedziemy przepiekna Doliną Izy. Każde zabudowanie wyglada jak dzielo sztuki. Przepieknie wyglądające bramy - rzeźby nie do odtworzenia - cudowne i niepowtażalne. Dojeżdżamy do Birszany - piekne drewniane monastyry - w tym najwyższy drewniany monastyr w Europie. Wszystko w zadumie i spokoju. Jest cos uspokajajacego w tych budynkach - w sumie mało ludzi - własciwie czas zatrzymał sie tu chyba przed wiekami. Słychać nawoływanie Boga -Jestem. Trwam. Czekam na ciebie. Cisza udziela sie nam . Jedziemy dlalej do nastepnego monastyru. Wchodzimy po wysokich schodkach - na górze słyszymy - Dzień dobry! Para Polaków w naszym wieku - jada przez Ukrainę, Rumunie do Polski. Zaimponowali nam. Szczególnie dziewczyna jadąca na własnym motocyklu. Gadamy z nimi jak najęci - tak jak ze starymi znajomymi. Nadaja chyba na tych samych falach co my. To jest tak jak z Wojtkami poznanymi 6 lat temu na Krecie - spotykamy sie może raz na rok albo rzadziej, ale czujemy sie zawsze doskonale w ich towarzystwie. Przed odjazdem podchodza do nas rumuńskie dzieci z kwiatami. Obdarowujemy ich słodyczami, ale kiepsko jakoś sie z tym czujemy - one tak tego potrzebuja .
Rozdział IV - W krainie malowanych świętych
Po wyjeździe z Birszany zaczynamy rozgladać się za noclegiem. Nie jest latwo . Jedziemy w kierunku Borszy. Okazało sie chyba najbrzydszym miastem na naszej trasie. Brak asfaltu, brak chodników , brak noclegów. Hotel , który oglądamy jest koszmarny, brudny i nie do przyjęcia. Szkoda , bo Borsza jest w przepieknym otoczeniu gór. Na dodatek trafiamy na awarię energii elektrycznej - przygnębiająco wokół. Zmykamy z Borszy. W końcu znajdujemy jakis nocleg w przydroznym domku, prowadzony przez miłą rodzine Rumunów - wyprowadzamy ich z błędu - nie jestesmy Niemcami. Zajmujemy jeden pokój o wysokości ok. 2m. Jest telewizor i oczywiscie kiss tv - nasze córki ciagle nuca umbrelle i piosenki 4-oletniej Rumuneczki Kleopatry, którą słychać w każdej stacji radiowej i telewizyjnej. Wieczorem w naszym domu zamieszkali jeszcze Włosi - jak zwykle koszmar - czy ci ludzie zawsze musza krzyczeć jak mówią? Zachowują sie zdecydowanie głośniej nawet od Niemców na wakacjach - którzy sa zawsze najbardziej hałaśliwi. Rano jeden z nich wita nas - Dzień dobry po polsku - jest zakochany w jakiejś Polce - czego sie nie robi dla ukochanej? Jedziemy do malowanych monastyrów. Kolejno Suczewita , Moldowita , Humulurui, Voronet. Wszystkie przepiekne i wygladaja jak oddzielne światy wyłączone z rzeczywistosci. Cisza, spokój - nikt tu nie hałasuje - czuć skupienie. Piękne malowane ściany - zastępy anielskie, oblężenie Konstantynopola, Jezus Pankrator. Nasze córki wzbudzaja sympatie u mniszek - mają na szyjach medaliki z Maryją. Ogladamy w skupieniu pomimo 40 stopni upału. To tak jakbyśmy dotykali historii - jest bardzo namacalna - to jak bysmy przechodzili obok mnichów - mistrzów malarskich z przed wieków. Jedziemy dalej. Chcemy zobaczyć polskie wsie w Rumunii, o których słyszelismy.
Rozdział V - Polacy w Rumunii
To zaskakujące , ale w Rumunii oprócz Romów, Niemców, Ukraińców, Węgrów i rzecz jasna Rumunów mieszkaja równiez Polacy. Dwie wioski rzucaja się w oczy - Nowy Soloniec oraz Kaczewica. Rzecz jasna jedziemy zobaczyc polskie akcenty w Rumunii. Od poznanych Polaków dowiadujemy sie, że Polacy są wobec siebie niezbyt życzliwi - ta wredna polska zawiść i tu istnieje. Gdy Polak sprzedaje konia i ma chętnego Polaka i Rumuna - z pewnościa sprzeda Rumunowi. A może to tylko plotki. Boże ! mam nadzieję, ze to tylko plotki. Jedziemy do Nowego Solonca. Mieszkaja tu dawni osadnicy z Bochni - sprowadzeni tu do obsługi kopalni. Jedziemy droga wyłozona plytami. Podobno zrobili ja za pieniądze z Polski po wizycie Kwaśniewskiego. Profit za polskość. Wokół funkcjonuja zwykłe zwirowe drogi. W Nowym Solońcu w centrum znajduje sie Dom Polski, kościół oraz szkoła im. Henryka Sienkiewicza. Czujemy na sobie ciekawy wzrok mieszkańców. Rejestracja z Gdańska budzi zainteresowanie. Jadąc droga z Nowego Solońca przecieramy ze zdumienia oczy. Wzdluż drogi wije się rzeczka, w ktorek kolejno widzimy stado owiec z pasterzami, kompiace się dzieci, piorące w podwiniętych sukienkach, po kolana w wodzie kobiety. Wyglada to jak XVIII wieki. Aneta robi ukradkiem zdjecia, ale mowi, że to ostatni raz , bo czuje sie z tym niedobrze jak w zoo .
Rozdział VI - Równiny
Jedziemy na południe Rumunii. Oczywiscie nie mam ochoty na Bukareszt - kto by chciał zwiedzać stolicę komunistycznego niedawno państwa - szara plyta. Nie, dzięki. Kierujemy sie do wąwozu Bicaz - jest to drugi co do glębokości wąwóz Europy. Glębszy jest tylko we Francji. Jedziemy wielką równiną. W oddali po prawej widać góry w chmurach. Na stepach stada owiec, kóz , krów. Widać też pasterzy. Spokojni z drągami w rękach ze sforą psów. Na głowach wielkie futrzane czapy pomimo 40 stopni goraca. Nie możemy znaleźć noclegu. W mijanych miasteczkach wszystko zajęte - nie ma tego z resztą zbyt dużo. Zaczynam panikować - ja mogę spędzić noc pod golym niebem - ale martwię sie o dziewczyny. Niepotrzebnie chyba - są niezłomne i nie marudzą. W końcu zatrzymujemy sie obok przydrożnego zajazdu. Jest wolny pokój, ale tylko 3osobowy. Okazuje sie , ze ma dodatkową część z sofa do spania dla 4 osoby. Martwi nas , ze nie ma parkingu strzeżonego. To była dla mnie nerwowa noc. Świadomość, że jesteśmy 2,5 tyś km od domu i wybita szyba może zepsuć nam wakacje jest męczaca i nie pomagają zapewnienia babeczki w portierni, że jest tu bezpiecznie. Pokój okazał sie duszny i niezwykle goracy. Jedynym jego atutem był prysznic i oczywiscie TV dla moich dziewczynek. Przez okno widzę wieczorem jak podjeżdżaja daczie. Wysiadaja z nich ludzie z materacami i kołdrami. Rozkładają je obok aut i idą spać. Rano wyciagaja jakies karnistry z woda - myją się i ruszają w dalszą drogę. Tacy stróże obok mojego samochodu a ja się martwiłem o nasze rzeczy. Z radością ruszamy dalej. W końcu dojechaliśmy do Karpat i do wąwozu Bicaz. Poczatkowo dojechaliśmy do przełomu między górami - myślelismy , że to Bicaz. Pomyłka - Bicaz zaczął sie kilka kilometrow dalej. Jest wspaniały. Oczywiscie praktyczny lud Rumuński skomercjalizował wąwóz - mnóstwo budek z gadżetami made in China. No cóż - pecunia non olet - jak mawiali Rzymianie. Dwa auta obok siebie w wąwozie nie moga się zmieścić - czekamy na mijankach. Po obejrzeniu wąwozu ruszamy dalej - do Sigishoary.
Rozdział VII - Wampiry...
Aneta znalazła skrót! Jak zwykle - jedziemy dużo dłużej i gorszą drogą - mijają nas ekspedycje samochodów terenowych. Wiem już, że nie jesteśmy w swoim firtlu. Nie ma asfaltu - jedziemy szrutowa drogą. Jedziemy "misiową" drogą - została tak nazwana , bo moje córki uznały, że pewnie natrafimy zaraz na jakieś niedźwiedzie. Aneta ma strach w oczach. Rzadko pojawia się jakiś samochód - gdyby coś się stało - prawdopodobnie do wiosny nikt by nas nie znalazł. Po kilku kilometrach dostajemy profit za kiepską drogę - przepiękne, malowane bramy obejść - prawdziwa Rumunia. Po następnych kilkunastu kilometrach dojeżdżamy do asfaltu. Kierujemy się do Sigishoary - tu urodził się Vlad Palownik zwany też Hrabią Draculą. Po ostatnich niezbyt dobrze przespanych nocach fundujemy sobie pierwszy luksusowy nocleg w drogim pensjonacie - z super czystymi pokojami z TV i prysznicami. Instalujemy się w pokojach i ruszamy w miasto. Stara Sigishoara jest przepiękna - wydaje się nie być skażona przez turystów. Chodzimy po pustych, rozgrzanych uliczkach. Wchodzimy "szkolnymi schodami" na góre z kościołem. Właśnie odbywa się koncert organowy. Brzmi to tak jakoś nierealnie - chwała wampirom? Chodząc uliczkami spotykamy 2 pary Polaków poznanych w Tokaju. Spotkamy ich jeszcze raz w Sybinie. Bez żadnego umawiania się - to prawie chyba niemożliwe. Pijemy drinki na rynku i idziemy zrobic wieczorne zakupy. Docieramy do jedynego otwartego sklepu gdzieś na obrzeżach. Czujemy na sobie wzrok otoczenia - to chyba Romowie. Kupujemy pyszne grejfrutowe napoje (do tej pory nam ich brakuje) i wracamy do pensjonatu. Po męczącym dniu popijamy rumuńskie piwo i zasypiamy. Nastepnego dnia ruszamy zwiedzać zamki chlopskie i zamek Bran.
P.S. W nocy słyszymy popiskiwania nietoperzy.... Kto zgadnie co myslimy?
Rozdział VIII -

-------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Toskania - maj 2008
Tak naprawde to planowaliśmy w tym roku wyjazd do Irlandii. To miała byc wycieczka - prezent z okazji 15 rocznicy małżeństwa. Nie wypalilo - zarezerwowałem noclegi, wynająłem auto, kupiłem bilety na samolot i ...Centralwings zlikwidował połaczenie do Shannon, gdzie mielismy leciec. Z trudem udało mi sie odzyskać kasę, ale udało sie. Szybko zmienilismy plany. Lubimy Wegry - zawsze sie tam zatrzymujemy, gdy mamy okazje. Ale w maju rozpoczęliśmy piękną Toskanią.
Gdy w ubiegłym roku w długi weekend majowy moi znajomi dzwonili do mnie z Toskanii szczerze im zazdrosciłem - pojechalismy do Wilna i 1 maja zgarniałem śnieg z samochodu. W Toskanii było ponad 20 stopni. Wtedy postanowilismy - za rok do Toskanii!
Pojechaliśmy wykupując noclegi w Eurocampie - domek wyposażony w 2 sypialnie , dzienny z kuchnią wyposażoną we wszystko, co potrzeba, łazienka z gorąca wodą i piecyk , który dogrzewał nas wieczorami - kosztował nas 29 euro za dobę. Rzuciliśmy sie dość karkołomnie z Gdańska przez Berlin, Monachium, Insbruk do Figline Valdarno, gdzie był 1 camping.(ok 20 km od Florencji) Pojechałem 1 ciagiem 1700 km - odradzam - to niebezpieczne. Musiałem przespac jakieś 3 godziny, bo bym nie dojechał. Inaczej w drodze powrotnej - jechalismy z pod jeziora Garda (200 km bliżej i w dzień a nie w nocy).
Camping Girasole okazał się wysokiej klasy campingiem - wydaje mi sie , ze był to biznes rodzinny, gdyż wielu współpracowników odnosiło się do siebie z wielką serdecznoscia i ciepłem. My oczywiscie traktowalismy go jak nocleg - przyjechalismy tu zwiedzac, ale wielu Polaków spędzało tu czas nie wystawiając nosa poza camping - ich wybór. Z resztą można tu na miejscu miło spędzić czas - 3 restauracje, wspaniała lodziarnia , duzy sklep ze wszystkim + minimarket z pamiatkami, rodzaj baru z alkoholami, sklep winiarnia z winami i oliwami, cafejka internetowa. Duzo pysznego wina. Camping był bardzo dobrze przygotowany na nasz przyjazd - dokladnie wszystko tak jak w katalogu. Głównymi klientami Eurocampu byli Anglicy, Holendrzy i Polacy. Porównalismy potem nastepne 2 campingi - były tak samo dobrze przygotowane, z tak samą mila obsługa. Polecam
Pierwszego dnia dojechalismy po południu. Szybko poszlismy spac po zapoznaniu się z campingiem. Mnóstwo usmiechnietych ludzi , zadowolonych, ze tu sa.Następnego dnia postanowiliśmy nie jechac zbyt daleko. Byliśmy w Arezzo,Cortonie i Sienie. Jeśli ogladałes film Pod slońcem Toskanii - to jest własnie miejscowość ,która zyskała slawe dzięki autorce książki na której oparto scenariusz filmu. Cortona jest przepiękna. Oczywiście usytuowana na górze. Własciwie wiekszość uliczek prowadzi pod górę - ku wkurzeniu i zmęczeniu mojej mlodszej córki. Piecze słońce nie do wytrzymania - a własciwie do wytrzymania- marzylismy o tym. Piękne błekitne niebo i ciepełko. Snujemysię po wąskich uliczkach a z kazdej wyziera historia. Rzeczywiscie nasze Wlochy to zderzenie z historią. Ale my po prostu lubimy te klimaty.Chyba najmniejsze wrażenie zrobiło na mnie Arezzo. Może dlatego, że wszystko co było potem było takie.. niesamowite. Potem była Siena. Mielismy niesamowitego farta - na Palio - głównym placu, na którym 2 razy do roku odbywaja się konne gonitwy, gromadza się ludzie. Okazuje się , ze trafiamyna święto Katarzyny Sieneńskiej. Przed nami defilada różnych rodzajów wojsk, sanitariuszek oraz paziów w historycznych strojach z flagami,reprezentującymi poszczególne dystrykty miasta. Kulminacja jest rzucanie przez nich flagami (moja córka zaopatruje się w taką). Moje córy są zachwycone. W końcu rzucanie flagami widziały w filmie Pod słońcemToskanii. Teraz widza , że to nie bajka.W ciągu dnia żywimy się panini, czyli kanapkami na cieplo. Można je kupić wszędzie. Nie znając wloskiego wystarczy powiedzieć panini i palcem pokazać co ma być w srodku. Zazwyczaj wszędzie są piecyki- można więc dostać ciepły posiłek. Takie panini wystarczało nam w ciągu dnia. Wieczorami chodziliśmy do restauracji na campingu. Chyba była niezła, bo przyjeżdzali do niej ludzie z miasta. Pierwszego dnia zamówiliśmy oczywiscie pyszne pizze. Rewelacja - choć te które ja robię sa podobno najbardziej pyszne i włoskie na swiecie (nauczył mnie ich mój znajomy, który pracowal we włoszech). Po kolacji poszlismy na lody - włoskie gelato są pyszne. Mamy zasadę, że na wyjeździe lody jemy raz dziennie. We włoszech złamaliśmy te zasadę - ale czy jadłes kiedys lody szafranowe?!

-------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Wakacje 5 stolic - 2008
Trasa naszej podróży to Gdańsk-Kraków-Tokaj- Tischaujvaros-Szentendre-Budapeszt-Bratysława-Mikulov-Wiedeń-Czeski
Krumlow-Praga-Berlin-Gdańsk.
Wyjazd 14 lipca 2008
Start z Gdańska Oliwy
Załoga Nas dwoje + 2 dzieci- nasze córki (13 i 9 lat)
Ruszamy wczesnym rankiem aby po południu zladowac w Krakowie(idziemy do naszej ulubionej knajpki na obiad i spotykamy sie z naszymi przyjaciólmi, którzy jada z nami na Węgry - ich pierwszy wyjazd z 3letnim dzieckiem)Drugiego dnia snujemy sie po uliczkach Krakowa. Zwiedzamy Muzeum Czartoryskich (obowiązkowo ogladamy Damę z łasiczka - to efekt naszej wiosennej wyprawy do Toskanii)oraz kopalnie soli w Wieliczce. Następnego dnia ruszamy na Węgry.
Omijamy skrótem Poprad i zatrzymujemy się w Levoczy. Zwiedzamy uroczy kościół (lista zabytków Unesco) - w kosciele mieści sie ołtarz wyrzeźbiony przez ucznia Wita Stwosza. Slowacy chlubia się , ze jest większy od tego w Kościele Mariackim. Wczesnym popołudniem dojeżdzamy do winnic Disnokiu (wolne tłumaczenie - nazwa od skały w kształcie głowy dzika). Zwiedzamy winnice oraz zakład produkujący wino. Oprowadza nas miła Ester. Przedstawia również świetna prezentacje o tokaju po polsku przygotowana przez Dom Wina z Polski(jak milo). Schodzimy do piwnic - szok! całe rzędy beczek z winem a w oddzielnym odgałęzieniu - ponad 100 tys butelek przedniego tokaju. Ester przygotowuje degustację win - próbujemy wszystkich gatunków produkowanych przez Disnokiu. Sa pyszne. Kupujemy po kilka butelek wina i ruszamy do miasteczka Tokaj.
Ciekawostka: w Disnokiu miesci się owalny budynek w kształcie pierścienia. Ze zdumieniem dowiadujemy się , że jest to garaz dla traktorów. Ma jednak tak doskonała akustykę, że urządza się w nim koncerty.
Lądujemy w Tokaju. Ja ruszam od razu zarezerwować nocleg. 2 lata temu nocowalismy w HULI PANZIO. Jest to pensjonat, który miesci się nad cukraszda na samym poczatku głównej ulicy Tokaju (ul. Rakoczi 16. Tel. 06(47)352-791. Dostajemy ten sam pokój co poprzednio. Własciciel pamieta nas i ucieszył sie wyraźnie na nasz widok. Za pokój płacimy ok. 160 zl za 4 osoby (pokój to tak naprawde 2 pokoje połaczone
ze soba z czyściutką łazienka , telewizorem i lodówką z mozliwościa klimy za dopłatą). Idziemy na obiad do restauracji przy hotelu Milenium - jak zawsze jest pysznie. Obiad na Węgrzech dla mojej 4 osobowej rodziny wahał się w cenach między 80 a 120 zł średnio. A moje córy często jedza jak dorosli. Te ceny miło zaskakuja. Wydaje mi sie że jest taniej niz w Polsce. Jest 1 różnica - tu zawsze niemalże mamy pogodę. Nastepnego dnia ruszamy do Tiszaujvaros - na camping termalny. Po raz 1 zarezerwowaliśmy domek. Jest to pół murowanego domku. Nasza część ma 32 m2. Na tej powierzcni jest pokój dzienny z 2 rozkładanymi fotelami dla naszych córek. Dzienny jest wyposazony w kuchenke gazowa, lodówke. Wszelkie gary, sztućce i wszystko, co jest potrzebne do normalnego zycia. Domek ma też łazienkę i kibelek oraz 2 sypialnię z podwójnym łózkiem z posciela i recznikami dla nas - rodziców. Jest tu tez oczywiście duża szafa. Na zadaszonym tarasie jest stół i krzeselka ogrodowe. Milo jest jeśc śniadanie i kolacje na tarasie . Obiady jemy w restauracji ok. 500 m od campingu. Koszt domku na nasza 4 to ok 170 zł. Wazne1. Domki najlepiej rezerwować dużo wczesniej - jak się dowiedzielismy najlepiej w lutym. Nam cudem udalo sie je zarezerwować. Nasi znajomi musieli zanocować w Termal hotelu. Oczywiście jest jeszcze pole namiotowe.
Gdy byliśmy tu wcześniej - kosztowało nas to ok. 118 zł za nasza 4 - w tym koszt miejsca na namiot, auto, energia elektryczna. Dla mieszkańców namiotów sa bardzo czyste sanitariaty, pomieszczenie z lodówkami oraz wiata z kuchenkami i miejscem do jedzenia. Ok 400 m od campingu jest market Spar a w Tiszaujvaros jest też Tesco. My polubiliśmy cukiernię z pysznymi lodami ok. 1000 m od
campingu.
Ważne2: w cenie pobytu na campingu są wejsciówki na baseny (10 basenów w tym 3 termalne, 1 oddzielny tylko dla malutkich dzieci - obsluga nie pozwala wejść dorosłym. Wejściówki dla naszej 4 gdybyśmy nie nocowali na campingu to koszt ok. 80 zl. Warto wiec nocować chyba w ramach campingu.
Szentendre - Bratysława
Po 4-odniowym pobycie na basenach ruszamy dalej. Nigdy nie byłem w Budapeszcie. A moja zona bywała w nim na letnich koloniack Kiedy to było? 20 lat temu. Nocleg zarezerwowaliśmy przez portal Limba , zajmujacy sie pośrednictwem w rezerwacji noclegów. Działa to bez zarzutu. Nocowalismy w Szentendre - to taki węgierski Kazimierz nad Wisła - opanowany przez artystów - bardzo modny obecnie. Pan w pensjonacie oczywiscie miał nasza rezerwacje, a następnego dnia rano czekało na nas pyszne śniadanie. Sorry , ze pisze o jedzeniu tak często, ale uważam, ze jest to fajny składnik wyjazdów - móc próbować czegos innego nieznanego. Moje córy np. uwielbiaja langosze i okragłe ciasto drożdżowe z "grila" na słodko z posypka z orzechów lub kokosa. Kurcze zawsze zapominam jak się nazywa. Następnego dnia ruszamy na zwiedzanie Budapesztu - rzeczywiście robi wrażenie.
Przepiekny jest parlament - szczególnie od strony zamku
królewskiego. Do zamku jedziemy kolejka szynowa , która jest rodzajem windy. Duże wrażenie na moich córach i piekny widok.
Spacerujemy ulicą Vaczi - najbardziej luksusowym deptakiem
Budapesztu. Odnajdujemy tez pomnik małego księcia. Jest uroczy. Ogladamy tez kościół św. Macieja i słynna i piękna baszte rybacką.
Po południu ruszamy do Mikulowa w czeskich Morawach. Ale chcemy zahaczyc tez o Bratysławe.
Moja zona źle wspomina Bratysławe - nie bardzo chce tam jechać . Ale ja się uparłem. Obiecałem moim córkom 5 stolic w 2 tygodnie i zamierzam dotrzymać obietnicy.
A teraz slowa mojej zony "Bratyslawa jest super"
Rzeczywiscie bylo super. Bratysława jest wyluzowanym miastem , gdzie brakuje tylko bosych hipisów na ulicach (patrz dziennik podrózy - Berlin). Dobrze sie tu czujemy. Ludzie sa mili i usmiechnieci. A propos ludzi i wegier - jestem przekonany , że Węgrzy lubia Polaków.
Czułem sie tam super.
W Bratysławie jemy obiad i ruszamy dalej do Mikulova, gdzie
zatrzymamy sie na 3 noclegi
Mikulov-Wiedeń
Gdy 3 lata temu jechaliśmy do Chorwacji zatrzymaliśmy sie w czeskim Mikulowie. Było to mniej więcej w połowie drogi do Chorwacji - miejsce dla nas idealne. Pensjonat Pohoda to jedno z najczystrzych miejsc noclegowych jakie znalazło sie kiedykolwiek na naszej trasie. Nawet moja zona, która ma bzika na punkcie czystosci orzekła, ze czegoś takiego nigdy nie widziała - no cóz Pohoda to biznes rodzinny - Pani Jana to dobra godpodyni. A pan Ludwik Mach to dobry gospodarz - jak się okazuje po 3 latach zarządza juz 2 pensjonatami,
a ma tez swój sklep z winami. (dla zainteresowanych Penzion Pohoda, ul.Valticka 20a, tel. +420 721886117 - uwazam , ze jest to dobra baza wypadowa, w pensjonacie dostępne ulotki i przewodniki + mapy po okolicy po polsku) Wracając do tematu - uznaliśmy , że Morawy to ciekawe miejsce do
zobaczenia. Nie zawiedlismy się. Gdy dojechalismy do pensjonatu - Pan Ludwik czekał na nas z butelką morawskiego wina. Pamiętał nas i ucieszył sie z naszego przyjazdu.
Pierwszego dnia postanowiliśmy zainstalować się i poszwędać się po Mikulowie. W Mikulovie znajduje sie piekny zamek. "przylepiony" do skał. Niesamowicie to wyglada. Dla mnie Mikulov to przyszłe miasteczko w stylu Sopot lub Kazimierz nad Wisła. Myślę, że wkrótce stanie sie modny - ciesze się , ze mogłem go poznac zanim sie to stanie. W Mikulovie jest tez duzy cmentarz żydowski, a Mikulov jest
tez znany z tego, że mieszkał tu rabin Loew - twórca legendy o Golemie. W Mikulovie powstało mnóstwo małych sklepów z morawskimi winami. Z reszta zbocza wniesień wokół Mikulowa są pokryte winorosla.
2 dnia jedziemy do Olomuńca. Zwiedzamy stare miasto. Odnajdujemy dom, w którym mieszkał Mozart. Nie! Jednak odpuscilem serki ołomunieckie - jednak ten zapach dobija. Potem jedziemy do Lednice.
Zwiedzamy siedzibę Lichtenstainów. Piękne komnaty i największy skarb chyba - drewniane schody wykonane bez 1 gwoździa to tak naprawde wielka rzezba. Warto to zobaczyć, tym bardziej , że jest to 1 z najczęściej odwiedzanych atrakcji turystycznych Czech.
Po powrocie idziemy w Mikulowie na czeskie jedzenie i piwo. A gdzie jest najlepsze czeskie jedzenie w Mikulowie? Oczywiscie w Pubie O'Hara!Ha,Ha! Rzeczywiście daja tu dobrze jeść - ale nie jest to lekkie jedzenie. W Pubie O'Hara jemy codziennie. W menu ku naszemu miłemu zaskoczeniu opisy w językach -czeski, niemiecki, angielski,
polski. Ceny za posiłek dla 1 osoby to 18-25 zł juz z piwem. No i tu sie je. Ruch tu jest ciągle. Widać, ze tu sie przychodzi , żeby jeść. Zawsze takich miejsc szukamy. Poza tym bliskość językowa powoduje, że nie ma problemu z dogadaniem się, a napiwki naturalnie zjednuja sympatie. Spotkałem się kiedyś z opinią, ze Czesi nie lubia Polaków- nigdy tego nie odczulem. Wręcz przeciwnie - zawsze
otzrymywałem wiele sympatii, usmiechu i chęć pomocy. Nigdy też żaden Węgier, Czech czy Słowak nie próbował mnie oszukac. A nawet policjant w Pradze, gdzy zatrzymał mnie po moim drobnym wykroczeniu drogowymm , gdy dowiedział sie , że było to wynikiem po prostu błedu mojego GPS'a nie tylko nie wlepił mi mandatu - a wyjaśnił po prostu jak mam jechać dalej i pozegnał sie.
Drugiego dnia jedziemy do Wiednia. To tylko 70 km. od Mikulova. 1 punkt programu to Schonbrun - letnia siedziba cesarza. Samochód w Wiedniu zostawiamy na parkingu strzezonym. Chyba dobrze, bo policjanci na kazdym kroku wlepiaja mandaty za złe parkowanie. Parking to koszt 3,5 euro za godzinę. Do pałacu kupujemy Family Ticket - 34 euro. Odbieramy słuchawke - przewodnika w języku polskim, który prowadzi nas przez pałac - super pomysl. Potem
zwiedzamy ogród przed pałacem i... labirynt dla dzieci. Super zabawa z atrakcjami dla dzieci i Japończyków. Oczywiscie jest labirynt z zielonych krzewów oraz interaktywny plac zabaw - naprawde polecam.
Potem jedziemy do Hofburgu. Parking znajduje sie w podziemiu naprzeciwko muzeum naturalnego. W Hofburgu zwiedzamy muzeum Sisi. Potem metrem jedziemy do katedry św. Stefana. Spacerujemy ulicami wokół katedry. Wokół wielonarodowy tłum. Niestety w drodze powrotnej wpadamy w korek gigant - 70 km z wiednia jedziemy 2,5 godziny. Za
ostatnie euro kupujemy hamburgery w mcdonaldzie. W zasadzie nie jemy fastfoodów. Zapewniam jednak, że nigdy nie jedlismy tak dobrych hamburgerów. Z radościa wpadamy do O'Hary. Po powrocie do Pensjonatu - miła niespodzianka. Pan Ludwik zaproponował nam degustację win morawskich w winiarni jego przyjaciela. Nasze cory zostaja w pokoju i oglądaja filmy po czesku, a Pan Ludwik wiezie nas do winiarni. Winiarnia to nieduży budyneczek przylepiony do góry, gdzie wnetrze wyglada troche jak jaskinia - sciany to po prostu skały góry na której jest Mikulow. W winiarni
jest ok. 10 osób - Czesi, którzy witaja się z nami z sympatia.
Próbujemy ok 10 gat win. Własciciel (wyglada na człowieka, który lubi wino i się na nim zna) nalewa nam wino ze szklanej wielkiej podłuznej bańki. Na koniec proponuje wino które nam najbardziej smakowało w większej ilości. Degustacja kosztuje nas ok. 15 zł.
Spędziliśmy tam pół nocy dobrze sie bawiąc z sympatycznymi Czechami. Wracamy do pensjonatu. Następnego dnia ruszamy do Czeskiego Krumlowa i pałacu Hluboka.
Z Mikulowa mielismy jechac do Pragi, ale po przewertowaniu naszego Bedekera o Czechach natrafilismy na zdjecia Czeskiego Krumlowa i Hluboki. Z reszta już nasi Czesi z winiarni zachecali do pojechania tam.
Nastepnego dnia rano ruszyliśmy przez Znojmo i Austrie do Czeskiego Krumlowa. Przez Austrie, bo okazalo sie to najbliżej. Trasa wyniosła ok 250 km. Po naszej wiosennej zaprawie do Toskanii (gdańsk- Toskania -ok. 1700 km) to był pikus. Drogi w Austrii okazały sie dużo lepsze niz w Czechach. Po wjechaniu do Czech okazały sie tragiczne wręcz. Naprawde w Polsce nie mamy co narzekać. Jerzeli
ktos ocenia drogi Czech z perspektywy autostrad to jest super. Ale na prowincji wyglada to inaczej. Po dojechaniu do Czeskiego Krumlowa ukazal nam się zamek a przede wszystkim most o wygladzie kilkupoziomowego akweduktu. Sam zamek jest malowany od zewnątrz. U jego podnorza rozposciera się przepiekne stare miasto z licznymi
akcentami rodem z wojaka Szwejka. Przez miasto przeplywa Wełtawa, ta która zobaczymy tez w Pradze. Na rzece widzimy licznych kajakarzy. Najstarsza część zamku pochodzi z XIII w. Ciekawostka: moja bystra córka wypatrzyła Czeski Krumlow w filmie Iluzjonista. I rzeczywiscie potwierdzilo sie to w napisach po filmie. Z Czeskiego Krumlowa jedziemy do Hluboki. To prawdziwa perła. Wzorem dla pałacu był Windsor. Udaje nam sie dostać na ostatnia wycieczke po zamku z przewodnikiem. Przewodniczka usłyszała jak tłumacze moim
córkom z czeskiego. Zaczęła wtracać polskie słowa aby mi ułatwić. Jest bardzo miła. Zamek jest czynny do 17. W środku jest przepięknie. Bardzo polecamy to miejsce - nie ma takiego chyba niestety w Polsce. W Hluboce w kafejce internetowej wynajdujemy adresy noclegów w Pradze. Telefon w budce obok za połaczenie z Praga "łyka" 10 koron. Niestety oblozenie w pradze jest 100%owe. Postanawiamy jechać w ciemno choćby do jakiegos akademika
przystosowanego na hostel , albo zatrzymać sie ghdzieś po drodze.
W końcu zatrzymujemy się w Breszowie. Ok. 30-40 km od Pragi. Szukam noclegu. W końcu po kilku próbach znajduje hotel w centrum miasteczka. Cena to ok. 220 zł za nasza 4 ze sniadaniem. Mamy 2 czyściutkie pokoje do naszej dyspozycji. Dostajemy tez kupon rabatowy na konsumpcje w restauracji obok. Idziemy tam zresta na piwo i lody. Pyszny obiad zjedliśmy w Hluboce w typowej jak sie nam
zdaje czeskiej knajpce z bardzo miła i sympatyczna obsługa. Wydaje mi się , że sympatyczniej bylismy obsługiwani niz niemcy czy holendrzy przy stoliku obok. Moze dlatego, ze sililiwsmy sie aby zrobic pozytek z naszych rozmówek polsko-czeskich.
Gdy dojechalismy do Pragi mielismy dylemat, gdzie zaparkować. Nie bardzo mieliśmy ochotę wchodzić w kontakt z policja. W końcu postanawiam zapytać przechodnia - cholera okazał sie Austryjakiem, ale wyjaśnił mi , że poza centrum nie ma platnych stref. W końcu parkujemy kilkaset metrów od Hrdczan na bezpłatnym parkingu i ruszamy na nogach. Lokalizujemy parking przy stacji metra Hradczańska - przydało nam się to , bo po całym dniu wróciliśmy metrem. Rozpoczynamy od snucia się po uliczkach Hradczan - to w
końcu największy zamek królewski na świecie. Zwiedzamy katedrę św. Wita z przepielnymi witrazami Alfonsa Muchy (wielki plakat zakupiony w muzeum Alfonsa Muchy gdzie tez byliśmy zdobi teraz naszą jadalnię). W Pradze koniecznie trzeba zobaczyć też dzielnicę żydowska Józefów. Tak w ogóle Praga jest piękna. Na mosćie Karola tłumy - wszyscy tłoczą sie przy rzeźbie św. Nepolomucena - to ten , ktory nie zdradził tajemnicy spowiedzi krolowi . Za kare został
strącony do Wełtawy. Pod jego pomnikiem wszyscy dotykaja
płaskorzeźby psa - ma to przynieść szczęście. Zwiedzamy muzeum Muchy - polecam jestem jego fanem. Oglądamy też Małą strane i Złotą uliczkę. Złota Uliczka została tak nazwana , gdyż uważano, że mieszkają tam alchemicy , ktorzy wymyślaja jak stworzyc złoto. Tak naprawdę mieszkała tam obsługa zamku. Warto zobaczyć. . Chodzimy po glównym rynku - miła niespodzianka - mija nas młoda para z orszakiem. Wszyscy są wytworni. Panowie w cylindrach i we frakach. Panie w kreacjach z zielonymi wiankami na wlosach - niektóre
bosonogie. Trochę jak z innego swiata. Robia miłe wrażenie.
Kończymy zwiedzanie Pragi. W Planie miałem nocleg w czechach i następnego dnia podróz do Berlina. Moje dziewczyny maja jednak inne plany - nie chca noclegu. Mówię im , że w takim razie w Berlinie będziemy o 12 w nocy. Powiedziały ok. Jedziemy wiec.
Przed granica z Niemcami zatrzymujemy się w Ustin.
Próbujemy znaleźć market - nasza nawigacja oszalała. W końcu znajdujemy Tesco. Dokupujemy Kofolę (pychota) ciemnego Wielkopopowickiego Kozła(piwo ciemne jak dawne ciemne tyskie). Na wylocie zatrzymujemy się w restauracji na obiad. Jemy olbrzymie nie- wegetariańskie porcje czeskiego jedzenia i ruszamy dalej. Granicę
przekraczamy z prędkością 130/h. Gdyby nas niemcy zatrzymali, to chyba oskarzyliby nas o przemy alkoholu z tokaju i morav do niemiec. Bez problemu i bardzo szybko dojeżdzamy do Berlina. To juz prawie jak w domu. Nasza nawigacja - zośka - gubi się. Po półgodzinnym
blądzeniu dojeżdzamy do centrum. Parkujemy pod Bundestagiem i ruszamy pod Bramę Brandenburska. Jest ciemno, alewszystko jest doskonale oświetlone. Na ulicach tłumy ludzi. Mnóstwo turystów i jak mniemam berlinczyków. Robimy zdjecia. Hipisi na boso na ulicach... cos o tym słyszałem. Pakujemy się do naszej bryki i ruszamy do Polski.
Nad ranem dojeżdzamy do naszego ukochanego Gdańska. Oliwa jak zawsze jest przepiękna. Wreszcie w domu.

-------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Finlandia-Norwegia-Szwecja 2009
Gdy pojechałem pierwszy raz do Norwegii zakochałem sie w tym kraju bez reszty. Było to 17 lat temu, a ja byłem wczesnym studentem polonistyki. Chropowata Polska odstawała wtedy od bogatego Zachodu. Wszystko było ładniejsze, bogatsze, dostatnie. Zawsze chciałem wrócić w to miejsce, gdzie zarobiłem pierwsze w życiu pieniądze i były to roczne pobory mojego ojca, zarobione w miesiąc na zbieraniu truskawek.
Norwegia w tym roku wyskoczyła dość nieoczekiwanie. Mieliśmy jechać do Izraela - niestety sytuacja polityczna nie skłaniała do wyjazdu. Z żalem wycofałem się z wycieczki z Rainbowtours, tym bardziej, ze przepadla mi zaliczka 1500 zł. Trudno - nie zamierzałem ryzykować życia i zdrowia mojej rodziny. Rozważaliśmy wiele kierunków. Zdecydowalismy się na Norwegię.                                                    
Początkowo planowałem podróż z Gdańska -Oliwy przez Litwę, Łotwe i Estonię, potem promem do Helsinek i dalej przez Rovaniemi na Nordkapp. Potem Lofoty z rejsem na oglądanie wielorybów, Trondheim, Park narodowy Dovrefjell, Lilahammer,Oslo, Karlskrona. Plan nieco zmodyfikowałem. Od czerwca tego roku Finowie uruchomili połączenie promowe z Gdyni do Helsinek. Popłynęliśmy najszybszym promem na Bałtyku z Gdyni do Helsinek w 19 godzin (koszt za 4 osoby 2 dorosłe i 2 dzieci+samochod to ok. 1300 zł. Do dyspozycji mielismy 2 3-osobowe kabiny z łazienkami i telewizorami. Polecam choć w porównaniu z promami stena line było po prostu nudno. Warto zabraz dobra książkę ze soba. Bylo za to wielu wesołych Finów). Do Helsinek dojechaliśmy ok. 6 rano. Zjazd z promu odbył się blyskawicznie - po 10 minutach śmigaliśmy z prędkośią 80 na godzine(tak jak inni)do Helsinek.Na drogach pustki - mamy wrażenie że 3 Finów to już tłum. Taki niezbyt duży tłok panowal przez caly nasz pobyt w Skandynawii. Szacunek dla kierowców - bardzo dbali, żeby przestrzegać przepisów. Brakuje nam tego luzu. Jak jest 30-tka na drodze to jadą 30-tką - widocznie ograniczenie jest z jakiegoś powodu i trzeba zwolnić. Właściwie przez całą podróż w Skandynawii przestrzegałem ograniczeń prędkosci i innych, oczywiście, przepisów. Po tym stylu jazdy, jak zjechalem z promu w Gdyni, w drodze powrotnej- od razu mnie obtrąbili.Cóz -co kraj to obyczaj.
Helsinki zrobiły na mnie wrażenie troche mniejszego Trójmiasta - własciwie takiej większej wioski. Oczywiscie przesadzam. Skupiliśmy się po prostu na najważniejszych zabytkach. Główny plac z pomnikiem Aleksandra, Sobór Uspieński, Nabrzeże. Ciche uliczki i...mnóstwo autokarów z Rosji z turystami. Nie bez powodu Helsinki sa bardziej rosyjskie z wygladu niż skandynawskie. Pewnie Rosjanie chetnie by tu wrócili, ale Finowie potrafili zatrzymac taka potęge jak Rosja i pewnie ani mysla o zmianach terytorialnych.
Po kilkugodzinnym zwiedzaniu Helsinek ruszamy do Lahti. Trafiamy na jakieś zawody sportowe ..staruszków! Jestem pełen podziwu. W Polsce jest to na razie jeszcze chyba nie do pomyślenia. Kibicujemy tym najstarszym. Oglądamy też skoki na skoczniach. Wygląda to dość zabawnie, bo po skoku skoczkowie rozdziewają się i z nartami na nagich barkach wchodza znowu do gory. Ruszamy do Oulu. Planem jest dotrzeć na nocleg a rano zwiedzic miasto. Niestety na campingu w ulewnym deszczu dowiadujemy się , że nie ma wolnych domków. Ruszamy na poszukiwanie nastepnego campingu. Wynajmujemy domek gdzieś pod Oulu. Warunki okropne, marne , taki wczesny Gierek z rozpadającymi sie meblami. I to wszystko za 80Euro. Do tego mnóstwo komarów. Robimy dobra minę. Jak tak będzie dalej z noclegami to tragedia. Zjadamy kolacje, pijemy piwo i idziemy spać. Z przyjemnością opuszczamy ten camping. Zwiedzamy Oulu - białe miasto. Jest to jednak mieścinka, która w Polsce nie zrobiłaby wrażenia. Na szczęście nie przyjechalismy tu zwiedzać miast. To co najpiękniejsze w Skandynawii to natura. Z Oulu ruszamy do Rovaniemi. Dziwnie być w światecznej scenerii w 26 stopni C. Choinki, bombki, prezenty, no i oczywiście Mikołaj. Może to wszystko i trąci nieco tandetą, ale jest to nieważne, bo w końcu mieszka tu najprawdziwszy Św. Mikołaj. Bylismy, sprawdziliśmy. To prawda. Wydaje mi się, że jest to atrakcja, której nie zapomni żadne dziecko. Uważam, że naprawdę warto zrobić taka frajde swojemu dziecku. No i oczywiście przekroczenie kregu polarnego to też dla dzieciaków przeżycie. Z Rovaniemi ruszyliśmy w stronę Inari-wioski Samów z pieknym muzeum. Zatrzymaliśmy się na campingu w Sodankyla. Świetny domek z 4 łóżkami , lodówką i kuchenką elektryczną kosztował ok 200 zł. Warunki super. Czyściutko i miło. Podobno tydzień wczesniej skończyly się zawody skuterów wodnych. Mielismy więć szczęście z domkiem. Tydzień wczeście było w Sodankyla pełno. (zjechało ok. 2 tyś ludzi. CHA, CHA tydzień wcześniej do Trójmiasta na Opener Festiwal, paradę żaglowcow i jarmark domionikański oraz zwykłych turystów przyjechalo ok. milion ludzi. Oni tu nie wiedza co to znaczy dużo ludzi.). Kolację jemy sobie w wielkim tipi na środku campingu. Kielbaski z grila niezbyt się udały, ale po całym dniu i tak było pysznie. Nastepnego dnia ruszamy do Inari. Zwiedzamy muzeum Samów -Siida. Niesamowicie przygotowane od współczesnych ekspozycji po skansen domów jak równiez pułapki na dzikie zwierzęta. Czlowiek zawsze wykazywał się niezwyklymi pomysłami, aby ujarzmic nature. Muzeum bylo bardzo profesjonalnie przygotowane i zrobiło duże wrażenie na moich córkach. Z Inari ruszyliśmy do Karasjok do Sapmi Park - to już Norwegia. Samo muzeum, dość drogie, nie zrobiło na nas zbyt dużego wrażenia. Pobyt w muzeum uratowała prezentacja multimedialna, która uratowala te wizytę. Była niesamowita. Prezplatające sie obrazy z muzyka Samów na długo utkwiły w naszych umysłach.
Ruszyliśmy w strone Nordkappu. Miałem zamiar zatrzymać sie gdzieś na trasie, przenocować i rano ruszyć na Nordkapp. Ale moje dziewczyny stwierdzily, że potrzebuja przygody, że chca juz na Nordkapp , a nie jutro. Po drodze w Olderfjord zarezerwowaliśmy sobie domek (ok 300 zł za domek z lazienka)i ruszylismy na podbój końca świata. Do Nordkappu dojechalismy ok. 22 w pieknym słońcu. W końcu panował dzień polarny. Niesamowicie w drodze zmieniał się krajobraz: od karłowatych drzew po porosty i nagie skały. Co iles metrów wychodzace oczywiscie na droge renifery. Zupełnie nie bały sie ludzi i samochodów. Z tego też powodu warto zachować odstęp od nastepnego samochodu, zeby zdążyc wyhamować w przypadku nagle wyskakującego z boku renifera. Wjazd na Nordkapp dla 2 osób dorosłych i 2 dzieci + samochód + płatny tunel to koszt ok. 500 zł. Nie jest to tania impreza, ale i tak warto. Bylo coś magicznego w tym miejscu. Piekne widoki, radosne słońce bez jednej chmury. Miało się wrażenie , że ten dzień(noc) jest czymś specjalnym dla nas.
Ok. 1 w nocy ruszylismy w droge powrotna do Olderfiord. Zmęczeni padlismy do wygodnych łozek. Jutro czekała nas dalsza droga.
Na Nordkappie spotkalismy Polaków podróżujacych z Triadą. Byli niesamowici - sprawiali wrażenie bardzo znudzonych i zblazowanych. Tak jakby byli za kare w podrózy. Brrr.
Następnego dnia zaplanowalismy zwiedzanie Muzeum Rytów Naskalnych w Alcie. Zajęło nam to kilka godzin w upalnym dniu i pieknym słońcu. Po Alcie naszym nastepnym przystankiem był Narvik. Po obejrzeniu pomnika Gromu i rozejrzeniu się po miasteczku ruszyliśmy na Vesteralen. Nocowaliśmy w Sortland. Domek kosztował ok. 200 zl. Na portierni zaopatrzyli nas w materiały informacyjne na temat Vesteralen i oczywiscie wypraw na wieloryby. Nastepnego dnia objechaliśmy północna część Lofotów i ruszyliśmy do Andenes na Whalesafari. Safari mielismy dnia następnego. Niestety Andenes to malutka miejscowośc i ma camping nawet ale bez domków. Pogoda kiepska - mgła , deszcz. A my na dodatek zmęczeni. Nie miałem ochoty na rozbijanie namiotu. W końcu decydujemy sie na domek rybacki na palach przerobiony na hotel. Super czyste mieszkanko w pełni wyposażone po negocjacjach z miła Norweżka udaje się nam wynająć za ok. 500 zł. To nasz najdroższy nocleg w Norwegii. Mamy blade szanse na rejs na wieloryby - jest duża mgła i w centrum wielorybniczym nie wiedzą czy rejs sie odbedzie.. Nastepnego dnia jednak mgły sie rozchodza i na szczęście ruszamy na safari. Ruszamy do centrum z naszego hoteliku - ok. 500 m. Centrum jest bardzo nowoczesne. Na szczęście jest nasza rezerwacja. Ci, którzy nie rezerwowali rejsu muszą odejść z kwitkiem. Nie ma miejsc. Najpierw zwiedzamy muzeum, gdzie jest zaprezentowany wielki szkielet wieloryba. Pani opowiada o zwyczajach wielorybów. Potem jedziemy do portu i pakujemy się na drewniany kuter, którym popłyniemy na oglądanie wielorybów. Po godzinie rejsu w oddali ukazuje sie wielki ogon wieloryba. Czyzby to miałoby być tylko tyle? Po chwili wyskakuja obok łodzi delfiny. Ale gdzie sa wieloryby? Po poł godzinie kapitan mówi, że nie może płynąć dalej. Jesteśmy zbyt daleko od brzegu. Zaczyna kluczyć w sobie znany sposób po wodzie. Na głośnik wrzuca echosonde. Po chwili zaczynamy słyszeć coraz głośnieszy klekot przez głosniki. Po kilku następnych minutach widzimy fontanne wody. Jest! Pierwszy wieloryb wynurzył się kilka metrów od łodzi. Dryfujemy w kompletnej ciszy. Nagle wieloryb zwija się w "krewetkę", nad wodą zawisł olbrzymi ogon  i nasz wieloryb zanurkował. Widzimy w sumie 5 wielorybów. Każde spotkanie zostało zakończone spektakularnym nurkowaniem. Wieloryb w takim nurku potrafi trwać od 40 minut do 2 godzin. Po 5 godzinach wracamy do Andenes. Szczęsliwi i ze swiadomościa , że na pewno nie spróbujemy mięsa z wieloryba w żadnej restauracji. Chyba nie moglibyśmy po tym co zobaczyliśmy. Były cudowne. Podobno , kto zobaczy zywe wieloryby będzie szczęśliwym człowiekiem... Widzielismy ich 5. Musicie to zobaczyć.
Po wielorybach pojechalismy na Lofoty. Magiczne wyspy są magiczne. Własciwie nie wiem co napisac o Lofotach. Trzeba je po prostu zobaczyć. Cudowne widoki i świadomość , ze jest się zagubionym na końcu świata. Jadąc przez Lofoty zajechalismy do miejscowości Borg. Znajduje sie tam muzeum Vikingów ale my trafilismy tez na festiwal Vikingów. Ku naszemu miłemu zaskoczeniu wsród ludzi średniowiecza była tez ekipa polskich wojów. Podróż przez Lofoty zakończyliśmy w miejscowości A.(ktore czyta sie E). Mielismy do wyboru , albo wracac mostami i tunelami i przez Narvik ponownie, albo popłynać promem do Bodo. Zdecydowaliśmy sie na prom. Prom płynał ok. 4 godzin i kosztował ok. 500 zł za nasz zestaw.
Z Bodo ruszylismy w strone Trondheim zahaczając o Saltrauimen, czyli miejsce najszybszych prądow wodnych na swiecie.Nocleg na campingu kosztował ok. 200 zł. Wyraźnie poczatek sierpnia to po sezonie. Mnóstwo wolnych domków. Pomimo słonecznej pogody wiatr jest ostro-zimny. Nastepnego dnia ruszamy do Trondheim. Po drodze zatrzymujemy się w tipi Samów na zupę z renifera. Moje córki są wkurzone za to na mnie. Polubiły renifery. W Trondheim zwiedzamy katedrę Nidaros wraz ze skarbcem z insygniami królewskimi. To w Nidaros są koronowani królowie Norwegii. W Trondheim idziemy na pizze w wiezy telewizyjnej. Restauracja jest usytuowana na szczycie wiezy telewizyjnej i obraca sie wokół własnej osi. Super.
Z Trondheim ruszamy do parku Dovrefjel. Po drodze przekraczamy znowu koło podbiegunowe. Zacina deszcz. Obok na skałach śnieg.Ok. 7 stopni. Zimno. Robimy pamiatkowe zdjecie i ruszamy dalej. Nocujemy w hotelu w Dovrefjel. Mamy 3osobowy pokój do wykorzystania dla 4 osób. To był ostatni pokój. Wszystkie domki zajete. Pogoda straszna. Zakładamy szybko polary i kurtki z membraną. Norweg w recepcji nie robi zadnych problemów , że jest nas 4. Chyba jest to tutaj częsta praktyka. Pokój kosztowal ok. 240 zł. Do naszej dyspozycji była tez kuchnia a na parterze łazienka z prysznicem z goraca woda. Nastepnego dnia ruszylismy na foto safari na woły piżmowe przechrzczone przez nasze córki na wolki pizmołki. Przewodnikiem jest komandos, norweki zołniez , który brał udział w misjach w dawnej Jugosławii. Problem z wołami pizmowymi jest taki , ze sa dość niebezpieczne. Ważą ok. 600 kg io próbuja przeciwnika przestraszyc i sprowokować biegnąc na zderzenie. Problem jest taki, ze żyja w miejscu przypominającym nasze Bieszczady. Duzo trawy. W ogole drzew - nie ma gdzie się schować. Podeszlismy do wołów na jakies 200 m. Dalej było niebezpiecznie. Słowo wyjaśnień co do wołkow pizmolków. Żyły tu w ostatniej epoce lodowcowej ale wymarły. Sprowadzono je z Alaski i Islandii i na nowo zasiedlono Norwegie. Nasz przewodnik jest ciekawą persona. W drodze powrotnej opowiada nam o przyrodzie i jak przetrwac na łonie natury. Które rosliny można jeść w terenie, jakiej wody sie napić, z którego źródełka.
Nastepnego dnia ruszamy do Lilahamer. Zwiedzamy obiekty olimpijskie i skocznie narciarskie. Odwiedzamy tez miejsce, gdzie pracowałem 17 lat temu. Nic sie nie zmieniło. Niestety nie zastalismy gospodarza, ale jego syna. Pamietał mnie sprzed lat. Zostawiamy w prezencie butelke ulubionej polskiej wódki Norwegów i ruszamy w stronę Oslo. Tu pojawił sie problem. Miedzy Oslo a Mjosa nie ma zbyt wielu campingow. Na 1 nie ma domków, a było zimno i nie chcielismy nocowac w namiocie. Jedziemy do nastepnego, ale jest po 22 i jest już recepcja zamknieta. Nie wiemy co robic . Próbuję dzwonić na numer kontaktowy z recepcji, ale włancza sie tylko skrzynka. Nagle podjeżdza samochód i drzwi recepcji otwierają się. Pędzimy za recepcjonistą - młodym sympatycznym chłopakiem, który przeprasza , ze największy domek jest juz zajęty. Z radościa pakujemy się do naszego domku za ok. 220 zł złozonego z 2 sypailni , kuchni z całym osprzetem i telewizorem. Super warunki i zasłużony odpoczynek.
Następnego ranka ruszamy do Oslo. Zwiedzamy główny deptak, ogladamy zmianę wart przed pałacem królewskim. Nagle okno otwiera sie i ktoś wychodzi do szefa strazy i orkiestry. Policja usuwa ludzi z centralnej części placu i rozpoczyna sie pokaż paradnej musztry straży królewskiej i orkiestry. Cos niesamowitego. Potem jedziemy jeszcze do muzeum łodzi Vikingów i ruszamy do Szwecji. Za granica postanawiamy zatrzymac się na pierwszym napotkanym campingu. Instalujemy sie na niewielkim campie tuz obok granicy. Własciciel - mlody chłopak pyta "skąd jestescie?" Po naszej odpowiedzi , że z Polski mówi "Czemu nie mowicie po polsku?" Okazało sie, ze jest Polakiem od lat mieszkającym w Szwecji. Jedziemy po szybkie zakupy. Jaki tani kraj ta Szwecja! Robimy sobie wieczornego grilla i padamy ze zmęczeni. Następnego dnia ruszamy do Karlskrony. Mielismy w Szwecji przenocowac ale dojechaliśmy w takim czasie, ze udaje mi sie przełozyc rejs na wczesniejszy. Niestety musialem dopłacić ok. 500 zł, ale nocleg w Karlskronie tez by kosztował. Ruszamy promem do Polski. Prom to jedna wielka impreza. Jest własnie jakis konkurs saly czy rumby. Zjadamy pyszną kolację i padamy. Moja młodsza córka szaleje w pokoju zabaw dla dzieci. Wreszcie do domu. Następnego dnia docieramy do Gdyni a potem do naszego kochanego Gdańska.

-------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Andaluzja - 2010
Po ubiegłorocznej eskapadzie na Nordkapp, moje dziewczyny zdecydowały, że chcą "ciepełka". A ponieważ moja starsza córka zaczyna uczyć się hiszpańskiego, zdecydowaliśmy się ruszyć do Andaluzji. No bo gdzie jest ta prawdziwa Hiszpania? Chyba własnie tam!
Nasz wyjazd trwał 7 dni - od 28 czerwca do 5 lipca. Niestety nie ma połaczeń lotniczych z naszego Gdańska do Malagi, dlatego ruszyliśmy z Wrocławia. Zdecydowaliśmy się lecieć samolotem, bo nie mieliśmy ochoty jechac taki kawał autem. Nie mówiąc, że płatne drogi, koszt paliwa i konieczność noclegu po drodze skutecznie nas odstraszyły. Polecieliśmy tanią linia Ryanair. Koszt biletu z Wrocławia to ok. 1600 zł. Koszt parkingu we Wrocławiu przy lotnisku to ok. 100 zł/tydzień. Noclegi rezerwowałem przez booking.com. Wahały sie miedzy 250 a 360 zł za nocleg dla naszej 4-ki. Były to niezłe hotele, ale rezerwowałem je dość szybko i udało mi się dostać niezłą cenę. Czasami dodatkowo płacilismy za parking strzezony. Maksymalny jego koszt to 15 euro za dobe. Uszkodzone auto skutecznie może zepsuć wakacje. Strona działa bez zarzutu. Wszędzie czekały na nas nasze zarezerwowane pokoje. Samochód zarezerwowałem przez stronę http://www.hispacar.com/. Również działa to bardzo dobrze. Nowiutki samochód czekał na nas na lotnisku. jego koszt za tydzień z pełnym ubezpieczeniem (przydalo się bo niestety uszkodziłem auto wyjeżdżając z ciasnego parkingu podziemniego) i pełnym bakiem paliwa to 800 zł. Uwaga! Auto oddaje się z pustym bakiem. Łatwo to kontrolować bo jest w aucie wskażnik, który pokazuje ile jeszcze da się przejechać na tym co jest w baku. Po przylocie(niestety samolot miał opóźnienie ok. 2 godzin -czyzby dopadła nas już na starcie maniana?) odebraliśmy autko- pomimo opóźnienia wszystkie wypożyczalnie na lotnisku o 2 w nocy były czynne. Załatwiliśmy wszystkie formalności związane z autem i ruszylismy do naszego hotelu. W końcu to tylko ok. 1 km. Niestety hotel znajdował sie po drugiej stronie autostrady. Po długim bładzeniu, w koncu wyjąłem nawigacje z plecaka i po nastepnych kilkunastu minutach bylismy w hotelu Holiday expres. Za to mielismy wycieczkę Malaga nocą.
Granada
Nastepnego dnia rano, po obfitym i pysznym sniadaniu, ruszyliśmy do Granady. Główny punkt programu to Alhambra. Bilety kupiliśmy już w kwietniu przez stronę internetowa. Przerażiliśmy sie widząc kolejkę do kasy. To jakieś 3-4 godziny stania, a my musimy odebrać nasze bilety. Na szczęście okazało się, że automaty do odbioru biletów znajdują się obok sklepu z pamiatkami. Wkłada sie kartę kredytową, która płaciło się za bilety na stronie internetowej i automat "wypluwa" bilety. Super pomysł!
Czekamy na nasza godzinę wejścia czytając przewodnik z opisem Alhambry. W końcu ruszamy! Tu wkrótce pojawi się opis naszego zwiedzania.
Po zwiedzeniu Alhambry ruszamy do naszego hotelu. Na szczęście wszędzie funkcjonuje klimatyzacja.
Kordoba
W Kordobie nocujemy w uroczym hoteliku obok Mesquity. Właściwie "przez ścianę". Wejście jest z drugiej strony. Pobyt w Kordobie rozpoczynamy od zwiedzenia ruin miasta Medina Al-Zahra. Miasto zostało zbudowane z miłości do ukochanej władcy. Muzeum znajduje się na północ od Kordoby. Rozpoczynamy od budynku przyjemna klimą. Oglądamy film, gdzie wykonano animację ze zrekonstruowanego miasta. W sali kinowej jest nas 6 osób. Oglądamy ekspozycje z wykopalisk miasta. Pławimy się w chłodku klimatyzacji. Za chwilę wyjdziemy w 50 stopni Celsjusza. Po wyjściu z budynku w upale czekamy na klimatyzowany autobus, który zawiezie nas na oglądanie ruin. Bardzo miła wycieczka. Po zwiedzaniu ruszamy na nocleg do Kordoby. Wieczorem idziemy na pierwsze pyszne tapas. Kilkanaście tapas napełniło nas energią do dalszego zwiedzania. Snujemy się po rozgrzanych uliczkach Kordoby do późnej nocy. Następnego dnia rano zwiedzamy Mesquit'ę.Przepiękny meczet - olbrzymi- przerobiony na świątynie katolicką. Przedziwnie wyglądana płyty kamienne z wersami koranu wkomponowane w ołtarze ku czci Boga chrześcijan. Jak to przetrwało świętą inkwizycję? - nie wiem.Mosquita jest ogromna. Rzeczywiście można się tu zgubić. Prawdziwy raj świetlnych refleksów.
Sevilla
Następnego dnia jedziemy do Sewilli. To jest chyba to miasto, w którym mógłbym mieszkać. Cudowna, luzacka atmosfera. Po zwiedzeniu katedry - podobno największej w Europie i pałacu kalifa, jedziemy na nocleg. Jest to pensjonat z kuchnia i basenem. Trochę nas zaskoczył bo z zewnątrz wyglądał jak budynek -blok. A wewnątrz wokół basenu były usytuowane pokoje. Zrobiła na nas wrażenie niesamowicie miła i życzliwa obsługa. Po obiedzie - pysznym spaghetti, które przyrządziłem ruszamy na podbój basenu. Miło jest zanurzyć się w chłodnej wodzie przy 40 stopniach powietrza. Dziewczyny sa wniebowzięte.
Wieczorem ruszamy na zwiedzanie Sewilli. Temperatura nie spada. Dużo radości jest w tym mieście. Snujemy się po zatłoczonych, ciemnych uliczkach. Poszukujemy bar przy ul Levies, w którym mozna zobaczyć flamenco - ale nie to dla turystów, tylko dla mieszkańców Sewilli. Flamenco zauroczyło nas. Można być starym człowiekiem ale mieć to coś w sercu, co powoduje, że jest się młodym. Szukamy jeszcze poleconej nam knajpki,gdzie mozna się napić wina pomarańczowego i wracamy na nocleg. Zanim to nastąpiło szukaliśmy parkingu z naszym autem. Usłyszelismy gwar... i nagle wyłonił się plac z kilkuset ludźmi pijacymi wino i zajadajacymi tapas. Tu życie toczy sie nocą.
Kadyks-Jeres
To z Kadyksu Kolumb wyruszył na poszukiwanie Ameryki. A Jerez kojarzy nam się z Manzanilla - pysznym hiszpańskim winem. To miał być tylko przejazd, ale okazał się bardzo urokliwy. W Jerez trafiamy do bodegi, gdzie częstuja nas pysznym sherry. Wreszcie trafiamy do miejsc, o których tyle słyszeliśmy. Pachnie winem. Nocleg wypadł nam w jakimś prowincjonalnym miasteczku. Kelner w restauracyjce myli wszystkie zamówienia, ale i tak to jest nieważne. Po prostu jest to najsmaczniejsze jedzenie na swiecie, bo przygotowane dla nas w tej chwili. Wieczorem wychodzimy na ulicę. Na ławeczkach zebrała się cała miejscowość. Trzymamy sie za ręce i chłoniemy ten inny swiat całymi sobą. Nastepnego dnia ruszamy do Gibraltaru.
Gibraltar
cdn
Termolinos-Malaga
cdn
Powrót do domu
cdn
cdn